POST 47: Przetestowane produkty z ostatnich miesięcy pod lupą.

Jakoś tak się złożyło, że już dawno nie wrzucałam posta z polecanymi produktami (ostatni znajdziecie tutaj). Postanowiłam to czym prędzej naprawić, poniżej znajdziecie zatem listę tych bardziej i mniej udanych produktów kosmetycznych i żywieniowych, które miałam okazję wypróbować i wykorzystać do samego dna 🙂 Przeważają jak zwykle kosmetyki i tym razem z większości byłam naprawdę bardzo zadowolona. Nie przedłużając- zapraszam do czytania!

  1. Krem do rąk Nonique z olejem awokado i oliwą z oliwek.

 

Zacznę może od zapachu i konsystencji. Są obłędne 😀 Zapach jest niezwykle świeży, leciutko kwiatowy ale nie duszący i zostaje z nami tylko na chwilkę. Konsystencja kremu jest gęsta i treściwa, ale z drugiej strony wcale nie tłusta. Krem się szybciutko wchłania, nie pozostawia nam nigdzie tłustych plam, jest też mega wydajny mimo raczej średniej pojemności (80 ml). Uwielbiam też opakowania tej firmy, są eleganckie, proste i minimalistyczne o odpowiedniej do składów kolorystyce.

IMG_20170417_080717

IMG_20170417_080724

Jak wygląda sprawa kosztów? Cóż, krem kosztuje około 15 złotych, dlatego pewnie dla wielu osób będzie to cena zaporowa w porównaniu z tanimi produktami drogeryjnymi. Ale jeśli szukacie czegoś ze świetnym składem, wegańskiego, a przede wszystkim działającego tak jak się tego oczekuje od kremu do rąk- to spokojnie możecie się szarpnąć na ten krem. Tym bardziej że ja go zakupiłam w grudniu…. i zużyłam w marcu, przy codziennym stosowaniu i pożyczaniu innym osobom 🙂 Dlatego naprawdę warto. Dodam tylko jeszcze, że obecnie testuję jego siostrę, więc kolejna recenzja ukaże się pewnie za kwartał 😀

Firma Nonique nie testuje na zwierzętach, krem do rąk nie zawiera produktów pochodzenia zwierzęcego.

 

2. Krem pod oczy Resibo.

 

Używanie kremów pod oczy przez młode kobiety powinno budzić spore kontrowersje. Kremy pod oczy zazwyczaj mają za zadanie wygładzać naszą skóre i zapobiegać powstawaniu zmarszczek, więc teoretycznie kobieta przed trzydziestką, która używa takiego produktu powinna być uznana za lekką neurotyczkę i hipochondryczkę chcąc zniwelować coś, czego nie ma… co w sumie ma sens, zależy tylko od tego w jakim tak naprawdę celu kupujecie krem pod oczy i jak bardzo sprawdzacie jego skład 🙂

U mnie od lat sporym problemem były paskudnie cienie pod oczami, moja skóra w dodatku jest w tym miejscu bardzo delikatna. Do mocniejszego makijażu (czyli czegoś więcej niż tusz do rzęs i bezbarwna pomadka 🙂 ) zaczęłam zatem używać korektora pod oczy, który wyglądał po prostu paskudnie. Rolował się, wysuszał skórę pod oczami i robił mi zmarszczki, których tam nie powinno wcale być… winę zwaliłam oczywiście na korektor, ale zakup kolejnego okazał się tak samo nieudany. Dotarło wtedy do mnie, że problem  pewnie leży w nawilżeniu mojej skóry pod oczami i postanowiłam sprawić sobie porządny krem pod oczy.

IMG_20170326_082113

A o tym modelu w internecie jest głośno, chyba każda z oglądanych przeze mnie blogerek miała go co najmniej raz w ręce, postanowiłam zatem zaryzykować. I wiecie co? Jego działanie przerosło moje wszelkie oczekiwania. Nie tylko idealnie nawilża, ale wygładza skórę i ją lekko rozjaśnia. Nakładam go dwa razy dziennie po oczyszczeniu twarzy rano i przed snem, delikatnie wklepując. Podoba mi się w nim w zasadzie wszystko, od higienicznego opakowania z pompką, po przecudowny i bogaty skład. Na początku wydobywanie odpowiedniej ilości kremu może okazać się problematyczne, ale szybko nauczymy się jak z nim postępować. Zapach jest piękny, tak samo jak szata graficzna oraz tekturowe opakowanie w którym go dostajemy. Wchłania się szybko, a efekty widoczne są już po kilkudniowym stosowaniu.

IMG_20170417_080803IMG_20170417_080809

Mogłoby się wydawać że cena 89 złotych za 30 mililitrów to bardzo dużo, ale używałam go codziennie przez 3 miesiące, wydaje mi się zatem że jest to imponujący wynik. Tym bardziej że kremy pod oczy ogólnie nie są tanimi produktami, wolę więc zatem dołożyć 20 czy 30 złotych za coś co faktycznie będzie działać niż wyrzucać pieniądze w błoto. Oczywiście kolejne opakowanie w użyciu, polecam wypróbować! 🙂

Firma Resibo nie testuje na zwierzętach, krem nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego.

 

3. Krem do twarzy Avril z organicznym olejem morelowym i masłem Shea.

 

Z kremami do twarzy chyba nigdy nie miałam problemów, szczególnie od kiedy zaczęłam czytać ich składy i skończyłam z produktami drogeryjnymi. Nie zdarzyło mi się, żeby jakiś krem mi zaszkodził, mógł najwyżej nic w mojej pielęgnacji nie zmienić. Dlatego też nie boję się eksperymentować. Tym razem mój wybór padł na krem organiczny na dzień dla suchej i wrażliwej skóry. Zazwyczaj wybieram kremy do cery delikatnej ze względu na mój odwieczny problem z naczynkami. Idealnym produktem jest dla mnie to, co ma w składzie różę, rokitnika, bez, kasztan albo brzozę. Tutaj mamy organiczny olej morelowy i masło Shea, wodę z płatków rumianku i organiczny wyciąg różany. Skład fantastyczny, działanie też jak najbardziej.

Skóra po jego użyciu jest miękka, nawilżona i pachnąca. Idealnie nadaje się pod podkład (zazwyczaj mija u mnie około godzina przed zrobieniem makijażu, ale wydaje mi się że nie byłoby problemu z nałożeniem kosmetyków kolorowych bezpośrednio na krem), jest lekki i ładnie się wchłania. Plusem jest również wydajność, sądzę, że zawdzięcza on ją maśle Shea które jest tak gęste i ciężkie, że wystarczy nałożyć odrobinę kremu do pokrycia całej twarzy. Noi zapach jest dla mnie również rewelacyjny, kwiatowy i oczywiście nie zostaje zbyt długo na skórze. Nie wiem czy do niego wrócę, bo mam ochotę przetestować inne produkty, ale w razie czego na pewno skusiłabym się na niego drugi raz. Bardzo polecam osobom, które lubią lekkie i przyjemne kremy, ładnie rozświetlające skórę. Polecam!

Firma Avril nie testuje na zwierzętach, krem nie zawiera produktów pochodzenia zwierzęcego.

 

4. Maszynka do golenia Wilkinson Intuition.

Moja poprzednia maszynka miała dobrych kilka lat, naprawdę przyszedł najwyższy czas na nowy model. Poszukiwania prowadziłam bardzo opornie i z ogromną niechęcią ze względu na to, że maszynki są w ogromnej większości produktami niewegańskimi i w dodatku testy na zwierzętach wyglądają w tym przypadku wyjątkowo paskudnie. Niestety obecnie nie mam innej możliwości depilacji chociaż skutecznie z tym walczę i liczę na to, że za parę lat zapomnę o tym że byłam zmuszona kupować maszynki. Póki co jednak mój wybór zatem wyglądał następująco- chciałam mieć to jak najszybciej z głowy, weszłam na ebaya, wysortowałam marki, które mnie w miarę interesują i wybrałam supernowy model maszynki wiedząc, że ma mi służyć na parę lat więc jej wkłady muszą być przez te lata dostępne do zakupu. To, co do mnie przyszło pocztą wbiło mnie w podłogę, a szczęki nie mogłam długo pozbierać.

IMG_20170219_130446

Otóż, dostałam maszynkę. I mydło. W sensie mydło na maszynce. Całkowicie zgłupiałam i panicznie zaczęłam czytać instrukcję co się stało i co za towar do cholery zamówiłam! Oczywiście, został on wychwalony na ulotce: jak to on nie ułatwia golenia, zmniejsza podrażnienia (ba, w ogóle nie ma nawet zaczerwienienia po goleniu!!!) i ogólnie golenie trwa 3 sekundy i jest po prostu czystą przyjemnością. Po pierwszym użyciu myślałam, że producent to sarkastyczny skubaniec, który opisał ten przedmiot dokładnie na odwrót z czystej złośliwości. Użytkowanie tego czegoś to był koszmar, który przeżyłam 4 razy, po czym po prostu wyrzuciłam to do kosza co wierzcie mi- nie jest w moim stylu. Ilość zacięć, niedogolonych miejsc (golenie kolan i pach po prostu było niemożliwe- odstające mydło skutecznie uniemożliwiało dotarcie do tych miejsc). Powstałe rany niemiłosiernie piekły a sztuczny, pieniący się na potęgę mydlany produkt dodatkowo podrażniał i wysuszał skórę. To, co miało idealnie działać pod prysznicem, bez pianki w dodatku (wytrzymałam tylko pierwszą próbę bez pianki, potem musiałam skupić się na tamowaniu krwi…) okazało się jedną, wielką  parszywą klapą, która wcale nie polepszała się w miarę użytkowania. Myślałam że może będzie lepiej kiedy to mydło się już lekko zmydli, albo że spróbuję innej końcówki, takiej z aloesem. Nope, efekt był tak samo żenujący. Nigdy, przenigdy nie próbujcie tego produktu, a już szczególnie jak macie cienką i wrażliwą skórę. Ta pseudomaszynka was tylko i wyłącznie pokaleczy. Aha, noi czytajcie dokładnie aukcje przed zakupem….To polecam oO

Firma Wilkinson testuje na zwierzętach, ich produkty zawierają składniki odzwierzęce.

 

5. Zielone herbaty Clipper z mango oraz z limonką i imbirem.

 

Uwielbiam herbaty Clippera, a te dwie są  zdecydowanie moimi ulubionymi. Podoba mi się podejście firmy do środowiska i ludzi, produkowane przez nich opakowania i wysoka jakość wyrobów. Pudełeczka w które herbata jest zapakowana wykonane są z kartonu, minimalistycznie ozdobione i żeby było idyllicznie- smak herbat jest nieziemski. Szczególnie uwielbiam tą z mango i mam do niej ogromny sentyment, a ta z limonką jest moim nowym nabytkiem. Polecam zapoznać się z tymi produktami jeśli macie taką możliwość, jest ich naprawdę szeroka gama łącznie z czarnymi odmianami, białymi oraz kilkoma liściastymi (tych nie próbowałam, torebki są dla mnie wygodniejsze). Generalnie są idealne na zimne jak i ciepłe dni 🙂

IMG_20170408_150927

 

6. Eat Real, Chipsy (a właściwie chrupki) z quinoa oraz z hummusu.

Bardzo lubię testować nowe produkty żywnościowe, nigdy nie wiadomo na co pysznego można trafić. Dlatego też kiedy zobaczyłam w sklepie internetowym te chipsy, opatrzone wegańskim certyfikatem, nie zawahałam się ich użyć. Z tego co kojarzę, smaków było dużo więcej, jak również różniły się one składem, mnie jednak szczególnie zaciekawiły te o smaku śmietanki ze szczypiorkiem (bo wieki takich nie jadłam), oraz klasyczne o smaku soli morskiej. No i nie zawiodłam się, obie paczki były naprawdę pełne dobroci o ciekawym smaku. Aleee…. nie powaliły mnie one jakoś szczególnie na kolana. Ciekawy smakiem były na pewno te śmietankowe, według mnie były lepsze niż solone. Niestety chipsy te nie należą do tanich, ale jeśli macie ochotę na jakiś zdrowszy zamiennik tłustych chipsów z Tesco czy innego miejsca to szczerze polecam. Lepiej dołożyć trochę więcej grosza do wyższej jakości, bo jednak składowo tego typu produkty naprawdę się między sobą różnią. Ogólnie polecam spróbować, ale na pewno nie dorzucać na stałe do diety 🙂

Produkty prezentowane w tym wpisie nie zawierają produktów pochodzenia zwierzęcego. Więcej rodzajów chipsów oraz pełną gamę produktów firmy znajdziecie na stronie producenta.

IMG_20170312_145620IMG_20170312_145650

To już wszystko na dzisiaj, jak widzicie troszkę się tego uzbierało. Bardzo się cieszę, że tym razem produkty w większości okazały się naprawdę udane i mogę polecać je w świat z czystym sumieniem. Jeden niewypał znalazł się na liście przez moje niedbalstwo, ale cóż, człowiek musi uczyć się na swoich błędach. Wy możecie się uczyć na moich 🙂

Pozdrawiam,

Patrycja

Reklamy

One thought on “POST 47: Przetestowane produkty z ostatnich miesięcy pod lupą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s