POST 50: Recenzja książki “Trzej muszkieterowie”, Alexandre Dumas. Oraz o filmie “Lucy 2”, czyli jak amerykańskie produkcje potrafią zabić ducha zmieniając jego powłokę- film “Ghost in the shell”.

Żeby było jasne- absolutnie nie łączę ze sobą w żaden sposób tych dwóch tytułów. Chyba nie mogły być bardziej odmienne i pochodzić kompletnie różnych światów. Tak się jednak złożyło, że postanowiłam w końcu zrecenzować dawno już przeczytany klasyk i przy okazji miałam okazję oglądnąć tak hucznie zapowiadany film, który z góry oceniany był przez wielu jako kolejny błąd w historii kinematografii. Jakie są zatem moje odczucia? Zapraszam.

Trzej muszkieterowie to niekoniecznie jest pozycja, po którą bym sięgnęła ot tak po prostu, mimo, że lubię sposób pisania pana Dumas. Jakiś czas temu jednak Andrzej Tucholski na swoim blogu polecił fantastyczną stronę Wolne Lektury, na której znajdziecie multum książek za darmo, a ich zbiór się cały czas w dodatku zwiększa. Nie są to oczywiście empikowe bestsellery, raczej szkolne lektury, a także wiele innych pozycji po które przeciętni nastolatkowie by nie sięgali z chęcią (nikogo tu oczywiście nie obrażając), ale dorośli ludzie ceniący sobie literaturę piękną i poezję już owszem. I właśnie tam natknęłam się na muszkieterów o których wielokrotnie słyszałam, a jednak nie miałam okazji poznać ich historii.

To co mnie urzekło już na pierwszych stronach to wartka akcja. W każdym rozdziale coś się dzieje, mniej lub bardziej zaplanowanego przez bohaterów. Narrator ma cięty, ironiczny i przy tym przezabawny sposób pisania, za pomocą którego przybliża nam każdą z postaci. Opisuje historię ich poznania, która sama w sobie jest komiczna. Każdy z czterech głównych bohaterów to osobnik o odmiennym charakterze, do tego stopniach jak dla mnie nie do pogodzenia, że w innych warunkach panowie Ci niekoniecznie staliby się przyjaciółmi na śmierć i życie. Wszyscy mają szalone, rozbuchane ego które steruje ich poczynaniami i napędza całą akcję książki. Jednak jest to na tyle nieszkodliwe i przyjazne, że zamiast się na nich irytować, czytelnik raczej uśmiecha się pod nosem i kiwa głową z rozbawieniem. Mimo swoich wad, są to dobrzy młodzieńcy o gorących sercach, których łatwo da się polubić. Jednak historia która z początku wydaje się jedynie zabawna i nieszkodliwa, z czasem przekształca się w mroczną tajemnicę i kolejno w tragedię która dotyka większość postaci.

To mnie przyznam szczerze trochę zszokowało, bo po tylu wesołych momentach, śmiesznych dialogach i nieszkodliwym wytykaniu ludzkich wad, nagle przeszliśmy w ciemne sfery życia i historie z przeszłości, które nareszcie doczekały się zamknięcia po wielu latach. Muskamy tutaj też elementy historii angielskiej i francuskiej, a także zerkamy w kuluary dworskiego życia, a także niecne knowania znanego z historii kardynała Richelieu który bynajmniej nie jest tutaj pozytywną postacią (co mnie w ogóle nie zaskoczyło). I to w tej książce na pewno nadawało postaciom i zdarzeniom realizmu- przeplatanie fikcji z historią jest przepisem na udaną historię, w której ciężko jest odróżnić wymysły autora od prawdy. Dodaje to całej powieści uroku, sama złapałam się na tym że zastanawiałam się czy to co czytam  jest prawdą czy też pomysłem autora.

Dla niektórych czytelników minusem może być język, w którym pisana jest książka. Jest on nieco przedawniony. ale łatwo się do niego przyzwyczaić i zdecydowanie dodaje klimatu całości, co sobie osobiście cenię. Książka nie będzie na pewno dla każdego- jeśli szukacie dreszczowca, albo lekkiej i przyjemnej lektury napisanej przystępnym językiem to tutaj jej nie znajdziecie. Ale mimo wszystko książkę polecam, zdecydowanie jest to klasyk, w końcu kto nie słyszał o czterech, mężnych muszkieterach walczących ze złem i występkiem? 🙂 Tutaj właśnie znajdziemy ich pierwowzór powielany wielokrotnie w innych dziełach książkowych, kinowych czy teatralnych. I poznamy historię powstania kultu tych czterech bohaterów, których przygody niegdyś były dla ludzi tym, czym dla nas obecnie są Avengersi 😀 Polecam!

Czy coś jeszcze dzisiaj polecam? 😉 Otóż, jak już  wspominałam na wstępie, zdarzyło mi się oglądać adaptację filmu Ghost in the shell. Od razu powiem, że do anime podchodziłam trzy razy zanim doceniłam w końcu jego wyjątkowość, głębię przekazu i wspaniały, mroczny klimat. W przypadku filmu nie nastawiłam się na jakieś cudowne przeżycia i wiem że słowo adaptacja w przypadku ekranizacji amerykańskich oznacza mniej więcej “weźmiemy znany tytuł i zrobimy sobie z nim co chcemy byleby tylko zarobić na nim kasę hehe”, także moje oczekiwania naprawdę nie były wygórowane. Na pewno urzekła mnie tak hucznie omawiana i zapowiadana wizualna strona filmu i faktycznie, mucha nie siada i do tego się absolutnie nie przyczepię. Reżyser miał świetną wizję tego jak wykonać świat z anime, moim zdaniem w tym przypadku nie był przesadzony a pięknie dopracowany. Ogromne, ruchome reklamy, krzykliwe neony, pochmurne niebo, zatłoczone wąskie uliczki i coś na kształt slumsów przyszłości- idealnie oddał rzeczywistość ukazaną w anime. Nooo i na tym koniec dobrych części filmu. Zabieram się za złe.

Ten film był po prostu płytki. Kompletnie stracił duszę i moc przekazu, a także znaczenie przemiany Motoko pod wpływem wydarzeń i działań Kuze (animowego Władcy Marionetek- ta nazwa jest mocna i wiele mówiąca, nadając tej szczególnej postaci zwykłe, imię twórcy filmu sporo zepsuli). Postacie zachowują się mocno nienaturalnie, co jest kompletnie zrozumiałe w przypadku filmów animowanych ale w normalnych staje się komiczne i ciężko jest to przełknąć bardziej wymagającym widzom. Aramaki z kolei okazał się tak kozacki, że nawet nie raczył mówić po angielsku, mimo że świetnie go rozumiał- nie pytajcie mnie po co wkleili tutaj taką nieśmieszną zasadę…Niektóre ze scen były kompletnie pozbawione sensu, jak rozumiem miały one pokazywać widzom wątpiącą w system stronę Motoko, mamy tu więc zamyśloną cyberkobietę której nagle otwierają się oczy i odczuwa ona dyskomfort w stosunku do swojej obecnej pozycji i korporacji, która miała uratować jej życie po prawie śmiertelnym wypadku (mózg przetrwał). Okazuje się że było to nieprawdą i oczywiście korporacje jak zwykle są fe i w ogóle niedobre, bo kłamią. Serio? Ile razy to mamy przerabiać, w jaki wielu jeszcze filmach? Reżyser pokusił się też oczywiście o wiele wizualnie świetnie dopracowanych scen walki, ucieczek i rozmów, które dla widza nie zaznajomionego z fabułą anime mogą okazać się całkowicie pozbawione sensu. To co mi się z kolei podobało, to wplatanie gdzieniegdzie dosłownych scen z anime- to było fantastyczne, szczególnie moment walki (no dobra, pobicia a nie walki) naszej bohaterki zhakowanego przez Kuzo kierowcy śmieciarki. Scena wyjęta dosłownie z anime, była zrobiona idealnie i pasowała po prostu do fabuły, nie wyłamując się i tworząc kolejną zagwozdkę dla motoko dla przemyślenia. Za to plus, duży.

Niestety, plus ten nie zniweluje mojego rozczarowania postacią Kuzo. Tutaj został przedstawiony jako złamany uciekinier, nastolatek który sam do końca nie wiedział co i po co zrobić, kierowały nim tylko żądza zemsty i negatywne emocje. Jego działaniami nie kierował zatem jakiś wyższy plan jak to miało miejsce w przypadku pierwowzoru tej postaci, Władcy Marionetek. A właśnie ten bohater miała być mocą tego filmu, motywem przewodnim i mroczną zagadką, co w anime jak najbardziej odczuwamy, w filmie zaś kompletnie nie. Zrobiono tutaj z niego półrobota który gmatwa w głowie Motoko, w dodatku niewiele to zmienia w jej życiu oprócz tego, że na jej nieszczęście dowiaduje się prawdy o swojej przeszłości, co tylko komplikuje jej życie.

Kolejna porażka to typowa dla amerykańskich filmów tendencja do tworzenia zakończeń. Końcówka bowiem musi być dopięta na ostatni guzik, wszystko zostaje podane widzom na talerzu, przez co film stracił po prostu na wartości. Na obronę powiem też tylko jeszcze że Scarlett wcale nie była taka zła jak zapowiadano i się obawiano. Po pierwszym szoku, że to właśnie ona gra główną rolę, zaczęłam się do tego przyzwyczajać i określiłabym jej kreację aktorską w tym filmie jako pasującą i odpowiednią. Fajnie odegrała rolę chłodnego cyborga, który ma swoje wątpliwości i podąża uparcie własną ścieżką. Tyle dobrego 😉

Nie polecam zatem filmu, a już na pewno nie miłośnikom anime czy mangi. Film po prostu wkurza tym, że z oryginalnej i mrocznej historii zrobił sensacyjną papkę dla najbardziej przeciętnego widza. A mówiłam tyle razy żeby nie brać się za ekranizacje mang i anime, to po prostu nie może się udać… no ale cóż, filmy robi się obecnie głównie dla pieniędzy a nie sztuki 🙂

To tyle na dzisiaj, pierwsza recenzja filmu za mną 🙂 Raczej nie zrobię z tego żadnej rutyny, zdecydowanie wolę pisać o książkach, na filmach się raczej nie znam. Ale jeśli trafię na jakieś wyjątkowe perełki albo wyjątkowe buble (patrz ten post) to o nich wspomnę.

Uszanowanie,

Patrycja

Reklamy

4 thoughts on “POST 50: Recenzja książki “Trzej muszkieterowie”, Alexandre Dumas. Oraz o filmie “Lucy 2”, czyli jak amerykańskie produkcje potrafią zabić ducha zmieniając jego powłokę- film “Ghost in the shell”.

  1. Uwielbiam Trzech muszkieterów odkąd odkryłam dlaczego na mojego wujka mówią Portos 😀 Faktycznie był uderzająco podobny do książkowego pierwowzoru 😉

    Ghost in tak samo mnie kusi co napawa przerażeniem. Niby muszę obejrzeć, ale dobrze wiem jak to się skończy i ciągle nie mogę się przełamać.

    Polubienie

    1. W jakim sensie był podobny do Portosa? Bardziej z wyglądu czy zachowania? 😀 Najlepiej wspomina się książki i postaci, które można odnieść do naszego życia, super sprawa! 🙂

      Baaardzo polecam Ghost in the shell w oryginalnej wersji, jeśli oczywiście lubisz takie klimaty. Tym bardziej że mimo daty premiery z ubiegłęgo wieku, tematyka jest mocno na czasie i daje do myślenia nawet bardziej niż kiedyś. A klimat jest w typie horroru, to jak najbardziej prawda 😀 Jednak według mnie warto, nie zawiedziesz się bo to kawał dobrego anime. Pozdrawiam serdecznie! ❤

      Polubienie

      1. Był facetem z lekką nadwagą, zawsze skorym do żartów, wyolbrzymiania i… uwielbiający wszystkie kobiety 😀 Przezabawny facet, nie wiem kto mu taką ksywkę wymyślił ale trafił w dziesiątkę 😀

        Ja swoją premierę też miałam w minionym wieku 😀 Więc wszystko co działo się na przełomie milenium wydaje mi się „parę lat temu”. Anime od lat nie oglądałam, mangi w ręce nie trzymałam ale sentyment został, może kiedyś wrócę chociażby z sentymentu?

        Polubienie

  2. Haha to faktycznie Portos jak znalazł! 😀

    Jasne, nigdy nie jest na to za późno, mimo że jako dorosła osoba zupełnie inaczej odbieram tego typu sztukę, bo jest dość specyficzna. Czasami trzeba podejść do niej z przymrużeniem oka 😉 Ale nadal większość z anime jest naprawdę dobra, a Ghost in the shell to klasyk gatunku 🙂 Polecam oglądnąć w jakiś pochmurny, depresyjny dzień- to dopiero robi klimat 😛

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s