POST 54: Nowinki w mojej łazience i kuchni. Co warto było zakupić, a czego zakup szczerze odradzam.

Przed nami kolejna porcja przetestowanych produktów gotowa na recenzję. Poprzednią znajdziecie tutaj. Jakoś tak się złożyło, że w ostatnim czasie zużyłam trochę nowości, zakupionych naprawdę bardzo dawno temu. Oprócz kosmetyków królują dzisiaj słodkości, czyli coś co niestety jest moim ogromnym nałogiem i miłością zarazem. Cóż, mogłam się uzależnić od papierosów a wybrałam czekoladę, więc chyba nie jest tak źle 😉 Zapraszam zatem na krótkie recenzje, mam nadzieję że się przydadzą przy dokonywaniu decyzji zakupowych.

 

 

  1. Lavera, balsam do ciała pomarańcza i rokitnik.

 

Balsam ten zakupiłam dobre pół roku temu, jeśli nie więcej. Nie jestem systematyczna jeśli chodzi o używanie produktów do ciała, pewnie dlatego służą mi na tak długo. Balsam ten kupiłam po bardzo długiej przerwie od tego rodzaju kosmetyku, tym razem szukałam czegoś o lekkiej, nie klejącej się konsystencji, świeżym zapachu i dobrym składzie. Na pierwszy ogień poszła Lavera, ich oferta ciągle się poszerza a ogromna większość jest wegańska lub w taką się przemienia.

Co mogę zatem powiedzieć o tym konkretnie produkcie? Konsystencja jest super, naprawdę odpowiada mi jej lekkość, szybkie wchłanianie i wydajność (dosłownie parę kropel wystarcza spokojnie na jedną nogę- tak dla przykładu 🙂 ). Zapach nie przypadł mi szczerze mówiąc do gustu, być może dlatego że spodziewałam się czegoś bardziej świeżego i tropikalnego, a dostałam raczej mleczko o zapachu słodkiej pomarańczy. Ale nie przeszkadza mi to, nie utrzymuje się on zbyt długo na ciele chociaż z drugiej strony nie sprawia mi też przyjemności stosowanie go.

IMG_20170529_085715

Co do działania, trudno mi jednoznacznie określić czy jest naprawdę dobrym balsamem bo nie mam problemu z przesuszoną skórą. Wiem jednak że miałam w swoim życiu dużo lepsze produkty tego typu za mniejszą lub taką samą cenę, dlatego nie polecam tego balsamu osobom z bardziej wymagającą skórą. Podsumowując- nie jestem zachwycona, nie planuję testować innych zapachów balsamów Lavery bo ten zdecydowanie nie powalił mnie na kolana.

IMG_20170529_085706

Firma Lavera nie testuje na zwierzętach, balsam Pomarańcza i Rokitnik nie zawiera składników odzwierzęcych.

 

  1. Kart, organiczna woda różana.

Woda różana to jeden z moich ulubionych produktów, które zawsze mam w kuchni czy łazience. Uwielbiam jej zapach i uniwersalność, natomiast zdaję sobie sprawę że w zależności od pochodzenia może mieć ona inny zapach oraz jakość. Dlatego też postawiłam tym razem na organiczny produkt w szklanej, ciemnej butelce. Okazał się świetny, używałam go jako tonik do twarzy a także jako mgiełkę przy stosowaniu maseczki i nie dość że fantastycznie nawilżał mi buzię to w dodatku po prostu pachniał nieziemsko. Co do zapachu wiem, że nie każdy lubi różę dlatego w tym przypadku trzeba samemu ocenić czy warto zakupić różany hydrolat do własnej pielęgnacji. Osobiście jest to jeden z moich ulubionych zapachów, którego się nie boję i nie waham używać kiedy się da, nawet latem 🙂 Jedyne do czego się tu mogę przyczepić to cena, zapłaciłam za niego niecałe 10 funtów więc jest to sporo jak na wodę różaną.

IMG_20170529_085741

Nie powrócę do niej z przyczyn moralnych- nie jestem w stanie znaleźć informacji czy firma ta testuje na zwierzętach czy też nie, a przed zakupem niezbyt mądrze założyłam że nie (zamydliła mi oczy mnie etykietka organic, po tylu latach czytania składów niestety dalej mi się to, rzadko bo rzadko, ale zdarza). Polecam zatem fanom róży i osobom borykającym się z problemem pękających czy wrażliwych naczynek. Róża to fantastyczny składnik do pielęgnacji tego rodzaju cery, koi ją i niweluje pomniejsze pęknięcia, pozostawiając ją rozświetloną, miękką i pachnącą 🙂 Obecnie używam innej wody różanej, też organicznej, która przeznaczona jest również do użytku kuchennego. Ale o tym w innym poście.

IMG_20170529_085729

Nie udało mi się potwierdzić czy firma Laboratoires Kart testuje na zwierzętach, woda różana nie zawiera składników odzwierzęcych.

 

  1. Avril, płyn micelarny.

Moja zabawa z płynami micelarnymi zaczęła się już jakiś czas temu. Podmieniłem ten rodzaj produktu za tonik, chyba dlatego że do tej pory nie trafiłam na żaden dobry, a z kolei praktycznie każdy micel odpowiada mojej skórze. Plusem jest także całkiem niezłe wspomaganie w demakijażu twarzy, dlatego też po przyjściu z pracy aplikuję go zmywając go pobieżnie i dając skórze szybciej pooddychać. Firmy Avril nie znałam do tej pory i nawet o niej nie słyszałam. To co mi się w niej spodobało to przyzwoita cena i duża pojemność płynu (aż 500 ml), no i organiczny, przyjemny skład zawierający aloes.

IMG_20170529_085649

Zapach kosmetyku jest jak dla mnie po prostu przepiękny- świeży, lekko kwiatowy i bardzo delikatny, zaraz po aplikacji całkowicie zanika. Pozostawia skórę miękką i lekko nawilżoną, sprawdza się do demakijażu ale tylko i wyłącznie lekkiego, na pewno nie wystarczy na dokładne oczyszczenie twarzy. Jak dla mnie zatem jak najbardziej spełnia swoją rolę. Kwestia jakości do ceny i pojemności są jak najbardziej bez zarzutu. Powiedziałabym że to produkt z wysokiej półki o przyzwoitej cenie. Gdyby nie moja odwieczna żądza testowania nowości pewnie bym przy nim została na dłużej. A niewykluczone że jeszcze się zobaczymy w mojej łazience 😛 Zatem z czystym sumieniem polecam!

IMG_20170529_085634

Firm Avril nie testuje na zwierzętach, płyn nie zawiera składników odzwierzęcych.

 

  1. Tesco Finest, trufle.

No no, muszę przyznać że Tesco stanęło na wysokości zadania jeśli chodzi o różnorodność swoich produktów. Ich seria Free From ciągle się powiększa i to w zastraszającym tempie. Jestem pozytywnie zaskoczona jak szybko odpowiadają oni na zapotrzebowanie rynku, dokładnie opisują dla kogo dany produkt jest odpowiedni, a w dodatku stawiają na różnorodność. Od kiedy tu przyjechałam dorzucili chyba z 4 nowe smaki wegańskich serów. Chociaż nie jestem fanką dorzucania tego typu produktów na stałe do diety, to jednak zdarza mi się z nich skorzystać. Wiem, że decyzjami takiego giganta jak Tesco dyktuje najprawdopodobniej czysta chęć zysku, ale poszli w naprawdę dobrą stronę. Pozytywną 🙂

Z truflami zapoznałam się bliżej dzięki blogerce którą od niedawna śledzę, uroczej dziewczynie i zapalonej kucharce której dzieła podziwiam ze szczęką na podłodze. Zapoznała mnie ona też z eventem Food Love Stories, który uczy mieszkańców UK jak zacząć kontrolować to, co się je. Zawsze czytam o takich akcjach z szerokim uśmiechem na twarzy, bo naocznie widać jak bardzo świat się zmienia w lepszym kierunku.

Co do samych trufli, mają przyzwoity skład i są szeroko dostępne co na pewno jest dużym plusem dla osób zajadających się łakociami. Dla mnie osobiście są za słodkie, więc ponownie ich nie zakupię, ale gdybym dostała je na prezent przy jakiejś okazji, ogólnie bym nie płakała 😀 Opakowanie cieszy oko i wygląda elegancko, same czekoladki owinięte są w złote papierki co nadaje całości szyku, więc spokojnie można je komuś podarować. Bardzo cieszę się, że tego typu łakocie goszczą coraz częściej w sieciówkach takich jak Tesco. Dzięki temu ludzie przestaną może wreszcie uważać że to, co wegańskie smakuje i pachnie jak siano, w lepszym przypadku jak sałata… Polecam spróbować.

IMG_20170529_085608IMG_20170529_085618

 

  1. Hotel Chocolat, Fruit and Nut Frenzy.

Sama nie wiem od czego zacząć. Niesamowitego smaku? Zapachu gorzkiej czekolade przełamanej słodyczą rodzynek? Chrupiących orzechów laskowych, które w całości zdobiły ten blok? Ogrom przyjemności, który wydawał się nieskończony? Brakuje mi słów na ten produkt. Dostałam go w prezencie na spontanicznych zakupach podczas pierwszego pobytu w Milton Keynes i jakoś zapomniałam o nim napomknąć na blogu. Prawdopodobnie chciałam o nim zapomnieć, bo po zjedzeniu 500 gram tej czystej radości miałam ochotę wrócić i kupić kolejną porcję. A to nie powinno się więcej wydarzyć bo po pierwsze przestałabym się mieścić w drzwiach przy takiej diecie, a po drugie po prostu bym zbankrutowała…

Hotel Chocolat to firma z którą wcześniej nie byłam zaznajomiona. Dlatego widok ich sporawego sklepu w centrum handlowym i to w okresie świątecznym był dla mnie dużym, pozytywnym zaskoczeniem, które niezwłocznie musiałam zbadać. To co pokochałam od pierwszego wejrzenia to osobny dział dla wegan, co niezwykle ułatwiło mi szukanie, oglądanie i wąchanie. Opakowania również cieszą oko, są minimalistyczne, odpowiednio dobrane do produktu i okazji, a przy tym niezwykle eleganckie. Mi oczywiście wpadła w oko od razu ta ogromna tabliczka i zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. Na szczęście byłam tam z osobą która dobrze mnie zna i wie co mnie najbardziej kręci, także dostałam to cudo w moje zęby. Żeby nie było- jadłam ją przez parę dni 😉 Także koniec końców za tą niesamowitą jakość, smak prawdziwej czekolady gorzkiej i świąteczny zapach rodzynek i orzechów jestem w stanie zapłacić spore pieniądze. I tak też pewnie uczynię przy kolejnej okazji. Bardzo, bardzo polecam wam tą firmę, mają naprawdę szeroki asortyment obejmujący nie tylko czekolady i praliny, każdy łasuch znajdzie coś dla siebie.

IMG_20170326_150435

 

  1. Lush, peeling do twarzy i ciała Angels on bare skin.

To zdecydowanie jeden z najlepszych produktów, jakie miałam okazję testować w ciągu ostatnich lat. Nie jestem fanką peelingów do twarzy jako posiadaczka cery naczyniowej i długo wahałam się, czy chcę mieć w ogóle w łazience taki produkt. Jednak raz na jakiś czas pasowałoby porządnie oczyścić twarz, uznałam zatem że peeling o dobrym składzie, bez plastikowych, drażniących kuleczek, oparty na naturalnych składnikach będzie odpowiedni. Przypadek chciał, że trafiłam na wyjeździe do Cambridge do jednego z licznych w UK sklepików marki Lush, które po prostu uwielbiam za ich niepowtarzalny klimat i zapach. To co mnie tam urzeka to przede wszystkim fakt, że nic co tam dostaniemy nie jest idealne. Kosmetyki wytwarzane są głównie z naturalnych i nieodzwierzęcych składników, robione ręcznie i “na świeżo”. Dzięki temu naprawdę czuć ich świetne działanie i widać efekty na skórze. Przyznam szczerze, że dopiero zaczęłam testować ich produkty, a peeling był po prostu strzałem w dziesiątkę. Ma ciekawy, ziołowo- kwiatowy zapach, jego bazą są migdały, gliceryna i glinka kaolin. Skład jest ogólnie bogaty i nafaszerowany olejkami, po zmyciu produktu z twarzy naprawdę to czuję. Jeśli nie wychodzę z domu to nawet nie używam po nim żadnego kremu do twarzy bo nie widzę takiej potrzeby.

IMG_20170604_191015

Peeling też nie brudzi umywalki, jest delikatny a jego konsystencję określiłabym jako ciekawą. Na pewno trzeba się do niej przyzwyczaić, po paru razach wiadomo już ile produktu z jaką ilością wody trzeba mieszać, by miał idealną konsystencję. Generalnie zabawa warta zachodu. Plus także za opakowanie – kiedy produkt nam się skończy, można śmiało podejść do Lusha i poprosić o dokładkę, co mi osobiście bardzo się podoba 🙂 Obecnie mam dużą wersję, która starczy pewnie na około pół roku dla dwóch osób, przy regularnym stosowaniu raz w tygodniu. Cena jest dość wysoka ale wydajność i działanie naprawdę ją uzasadniają. Polecam 🙂

img_20170604_191050.jpg

To tyle na dzisiaj, jak najbardziej pozytywnie mi to dzisiaj wyszło i nie żałuję żadnego wydanego funta na którykolwiek z produktów. Każdy warto przetestować wedle własnych potrzeb i gustów. Z mojej strony najbardziej zachęcam do zakupu wody różanej która jest produktem bardzo uniwersalnym (od maseczek, bo smoothie przez oczyszczanie twarzy), zapoznaniem się z ofertą marki Lush oraz odwiedzenie sklepu Hotel Chocolat. Nie zawiedziecie się 🙂

IMG_20170529_085805.jpg

 

Uszanowanie,

Patrycja

Reklamy

One thought on “POST 54: Nowinki w mojej łazience i kuchni. Co warto było zakupić, a czego zakup szczerze odradzam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s