POST 58: Red Queen vs. Red Rising. Część II.

Powracamy zatem do wyzwania, poprzednią część posta znajdziecie tutaj POST 57 🙂 Przed nami kolejne kategorie recenzji dwóch książek:

Trylogia Czerwona Królowa (Red Queen) Victorii Aveyard

VS.

Trylogia Red Rising, Pierce’a Brown.

Podkreślam, że nie jest to recenzja typu “kto wygra” bo każdy ma swój gust i oczekiwania literackie, chcę jedynie przedstawić mój punkt widzenia na temat obu serii i krótko podsumować, która jest subiektywnie lepsza. Nie przedłużając, zaczynamy.

***

REALIZM I KONSEKWENTNOŚĆ

Trylogia Czerwona Królowa (Red Queen)

Realizm to ciekawy podpunkt w odniesieniu do książek będących w zamierzeniu seriami si-fi czy fantasy. No bo jak u ocenić czy realne jest to co siedzi pisarzom w głowie? A jednak warto się temu przyjrzeć, bo jak dla mnie świat książki po prostu musi trzymać się kupy- tak właśnie rozumiem realizm książek tych nurtów. Nie chodzi mi nawet o to, że rakiety zbyt szybko pokonują prędkość, albo zwierzęta są jakieś dziwne i przecież takie nie istnieją. Mówię tutaj o podejściu autorów do własnego, stworzonego świata. W Czerwonej Królowej nie rzuciły mi się w oczy żadne nieprawidłowości w stylu tego, że dany bohater ma jakąś moc ale potem ma już inną bo tak pasuje do fabuły. Tutaj autorka jest naprawdę konsekwentna, nie nagina wykreowanej rzeczywistości do swoich potrzeb, a wydaje się wręcz sama być dość elastyczna i płynie z nurtem akcji. Nie mamy tutaj też do czynienia z wyolbrzymianiem emocji bohaterów albo ich zbytnim wyciszaniem, bohaterowie są ludzcy, popełniają błędy, kierują nimi te same emocje jakie my byśmy odczuwali w ich sytuacji. Nie mamy tutaj żadnych cudów, nagminnych zbiegów okoliczności, a nie każda “akcja” kończy się dla postaci pozytywnie. Wręcz przeciwnie w pewnym momencie aż jestem zmęczona psychicznie na równi z  Mare, tym jak bardzo wszystko się jej wali na głowę i pod nogami naraz. Jedyne co mnie trochę bawi, ale z drugiej strony też cieszy to wątek romantyczny tej trylogii. Z jednej strony bardzo cieszę się że takowy istnieje bo to zawsze dodaje kolejnych emocji, ale z drugiej strony jest opis uczuć bohaterów oraz ich radzenie sobie z kolejnymi sytuacjami miłosnymi jest na poziomie bardzo niedojrzałej nastolatki, czego się w zasadzie mogłam spodziewać. Nie jest to dla mnie osobiście żaden problem i ogólnie uważam, że nie psuje to całej fabuły. Od czasu do czasu tylko uśmiechałam się po drodze z naiwności i przemyśleń naszej bohaterki, bo jednak w wieku kilkunastu lat łatwo dajemy się ponieść namiętnościom i miłostkom. I to widzimy bardzo dokładnie w pierwszym tomie. Dalej jednak wszystko jest spójne i realistyczne nawet w swojej naiwności, także kolejny plus.

 

Trylogia Red Rising

W przypadku Red Rising miałam wrażenie że autor pisząc sam dojrzewał i cały czas zmieniał koncepcję kierunku, w jakim ma się ta trylogia toczyć. To mnie bardzo drażniło, pierwsza część była parodią wyjątkowo krwawego Hogwartu, natomiast kolejne stanowiły już jej całkowite oderwanie, gdzie nasz Darrow jest starszy, nagle ma na sobie karb doświadczeń i prawie siwe włosy od zmartwień. Autor zdecydowanie się tutaj zagalopował i z robotnika który nie był w żaden sposób wykształcony zrobił w komicznie krótkim czasie mutanta który jest piękny, niesamowicie inteligentny i oczytany, w dodatku posiada zdolności logistyczne, dyplomatyczne i negocjacyjne, no i w dodatku zna się na ludziach. Serio? Zdecydowane przegięcie, kompletnie nierealistyczne podejście do realizacji głównego bohatera – dawno się z czymś takim nie spotkałam. Da się jednak do tego przyzwyczaić i przymknąć oko na pierwszy tom i początek drugiego ze wszystkimi absurdami które tam wrzucono. Bo potem akcja się naprawdę elegancko rozkręca, a wraz z nią nie tylko Darrow, ale wszystkie poboczne postacie. Niesamowicie wciąga i wreszcie zaczyna mieć sens. Trzeba tylko zapomnieć o tym skąd Darrow pochodził, to dla niektórych może być ciężkie 😉

Nie podobało mi się także nachalne i bardzo, ale to bardzo dokładne opisywanie życia i obowiązków ludzi z każdego koloru. Takie informacje mogły być wślizgiwane pomiędzy akcję, wyjaśniane przez przypadek, a nie podawane nam dosłownie na tacy. Tak samo niektóre ze Złotych Rodów były bardzo stereotypowe, byli ci silni ale niezbyt mądrzy, niektórzy supermądrzy, niektórzy zdolni do uprawiania władzy i polityki, a jeszcze inni zwyczajnie okrutni. Ja rozumiem że geny, duma rodowa i przywiązanie odgrywają rolę w charakterach ludzkich, ale bez przesady, nic nie jest aż tak czarne i białe. Jak dla mnie autor posunął się za daleko. Red Rising przegrywa zatem w tej kategorii i to powiedziałabym wręcz, że sromotnie.

 

JĘZYK

Trylogia Czerwona Królowa (Red Queen)

Każda opowieść science fiction czy fantasy, chcąc nie chcąc ma swój własny język. Czasami autorowi wychodzi on fantastycznie, czasami koszmarnie i śmiesznie, a czasami zaś zupełnie neutralnie. Oznacza to dla mnie tyle, że pisarz używa pewnych zwrotów wymyślonych przez siebie ale wplata je w istniejący sposób komunikowania się znany czytelnikowi na tyle, że ciężko nawet zauważyć że mamy tutaj do czynienia z wymyślonym językiem. Według mnie tak właśnie wygląda sprawa w Czerwonej Królowej. Ponieważ nie jest to ambitna epopeja, uważam że takie podejście jest idealne i cieszę się, że autorka nie wprowadza skonstruowanych przez siebie słów czy zwrotów na siłę a tylko dodaje pewne wstawki w odpowiednich miejscach, nazywając tylko rzeczy ze swojego świata. Jest to łatwiejsze i przyjemniejsze w odbiorze dla wszystkich. W dodatku uważam, że kiedy ktoś już się waży na krok wymyślenia własnego języka w książce, powinien to zrobić naprawdę dobrze i z głową, mając gotowy plan na kontynuację tego pomysłu. No i właśnie…

 

Trylogia Red Rising

…tego zabrakło w Red Rising. Od samego początku na maksa irytowały mnie nawiązania do mitologii greckiej i rzymskiej, łacińskie wstawki i cytaty (na pewno w epoce postapokaliptycznej ludzie nadal posługiwali się i uczyli języka który w obecnych czasach jest już martwy…) które dodawały sztucznej pompatyczności i zupełnie niepotrzebnego patosu, co po prostu było śmieszny. Mamy z tym do czynienia przede wszystkim w pierwszym tomie i naprawdę mnie to mocno drażniło. Potem autor nieco zaczął się na szczęście z tym wstrzymywać, co z kolei pokazuje jego brak konsekwencji i pomysłu. Wymyśla on również słowa i określenia na “kosmiczne” przedmioty i szczerze mówiąc, niezbyt mu to wychodzi. Wiadomo jednak, co kto lubi, osobiście bardzo mocno nie przypadło mi to do gustu i uważam język tej książki za wyjątkowo nieudany. A szkoda, bo fabuła miała ogromną potencję na stworzenia spójnych nazw i sformułowań bez potrzeby posługiwania się oklepanymi frazesami i śmiesznymi tworami słownymi.

 

ZAKOŃCZENIE

Trylogia Czerwona Królowa (Red Queen)

WOW. Zakończenie po prostu- WOW. Powiem szczerze, że nie tego się spodziewałam, widziałam tutaj raczej jakąś słodką scenę, w której wszystko się układa w jedną całość czego oczekiwałby czytelnik aby uspokoić stargane całą historią nerwy. Nope, nie ma co na to liczyć, przynajmniej nie z punktu widzenia naszej Mare. Nie chcę za bardzo zdradzać szczegółów, ale powiem tylko, że zasmuciła mnie niezmiernie wieść o tym, że autorka planuje kontynuację serii. Czym zepsuje to cudowne uczucie niedosytu, które miałam po ostatnim tomie. Wiele pozostawiła nam do wyobrażenia, wiele do domysłu i to jest właśnie piękne. Byłam pozytywnie zaskoczona, bo po serii dla (jakby na to nie patrząc) nastolatek, dostałam ciekawy finał po dynamicznym i pełnym akcji zamykającym historię tomie. Ogromny plus za taką wisienkę na torcie 🙂

 

Trylogia Red Rising

Ehh tu z kolei mamy przesłodzony, przepraszam za dosadny kolokwializm, do porzygu obrazek. Bardzo podobało mi się zawiązanie akcji i fabuły historii Darrowa, miało to sens i pokazało jak trudno jest zakończyć rebelię tak, aby każdy był zadowolony. Ale ostatni obrazek, który zafundował nam autor był po prostu słaby. Mógłby zadowolić czytelnika który po raz pierwszy w życiu czyta tego typu lekturę, ale w ogóle pierwszą książkę ale nie kogoś kto ma trochę wyższe oczekiwania. Tym bardziej, że tom drugi i trzeci to kawał niezłej książki przygodowej z tłem si-fi, więc spodziewałam się siłą rzeczy kozackiego zakończenia. A tu taki bubel. Niestety, ale jestem rozczarowana, a nie wzruszona czy usatysfakcjonowana jak to pewnie zaplanował sobie autor. Minus i to duży.

PODSUMOWANIE

Zadanie porównania i zrecenzowania dwóch trylogii okazało się naprawdę trudne. To co planowałam zawrzeć na spokojnie w jednym poście, rozciągnęło się na spore dwa. Zdecydowanie bardziej podeszła mi Czerwona Królowa, głównie ze względu na bardziej racjonalne podejście do fabuły, lepiej skonstruowany świat który tworzył spójną całość, logiczny i zrozumiały rozwój bohaterów, normalny język który nie był tworzony na siłę, a także bombowe zakończenie. Jest to zatem mój faworyt co nie oznacza że Red Rising bym nie poleciła. To też jest fajna lektura, zdecydowanie jednak częściej trzeba mrużyć albo nawet zamykać oczy na niektóre elementy, bo zwyczajnie drażnią. Jednak historia jest epicka, a autor nam się rozkręca, niestety tylko po to żeby zepsuć trochę zamknięcie tego kawałka potencjału. Mimo wszystko nadal jest to lektura godna uwagi, lekka i przyjemna do czytania na lato. Ostrzegam tylko że mocno wciąga, jak również Red Queen, nie zapomnijcie zatem o przewracaniu się czasem na plecy czytając je na plaży 😀

 

Polecam i pozdrawiam,

Patrycja

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s